Samiec zawahał się, potem ruszył znów i zatrzymał się dopiero, gdy Kerrick zawołał go jeszcze raz. - Byłem w Inegban*. Czy nie chciałbyś posłuchać o mieście? Takiej propozycji nie zdołał się oprzeć. Yilane wyszedł wolno na świa¬tło i Kerrick poznał go. To Esetta, ponury osobnik, z którym rozmawiał raz czy dwa. Wszystkie pozostałe samce podziwiały śpiew Esetty, choć Kerrick uważał go za monotonny i nudnawy. Nigdy jednak nie powiedział tego głośno. - Inegban* to prawdziwe miasto - powiedział Esetta, szybko i bez tchu, jak wszystkie samce. - Mogliśmy tam siedzieć wysoko wśród liści i obserwować wszystko, co działo się na zatłoczonych korytarzach w dole. Nie byliśmy wiecznie skazani na nudę, jak tutaj, gdzie niewiele nam pozostaje poza rozmyślaniem o pisanym nam na plażach losie. Powiedz mi... - Powiem. Ale najpierw poślij po Alipola. Chcę opowiedzieć i jemu. - Nie mogę. - Dlaczego? Odpowiedź dała Esetcie perwersyjną przyjemność. - Dlaczego nie mogę? Chcesz wiedzieć dlaczego? Powiem ci, dlaczego nie mogę. Zastanawiał się nad wyjaśnieniem, wysuwając język między zęby, by zwilżyć wargi przed odpowiedzią. - Nie możesz z nimi rozmawiać, bo Alipol nie żyje. Ta wiadomość wstrząsnęła Kerrickiem. Krępy Alipol, mocny jak pień drzewa. Wydawało mu się to niemożliwe. - Zachorował czy miał wypadek?