Jednak entuzjazm opuszczał ją w miarę, jak upływały dni, a drapieżnik nie wracał. Zmartwione treserki unikały jej, podobnie jak wszystkie, wi¬dząc gniewne ruchy eistai. Także Kerrick, jeśli nie był wzywany, trzymał się od niej z daleka. Spokojne schronienie, gdzie trudno go było znaleźć, stanowiło hanale. Nie był tam, odkąd powrócił z Inegban*. Ikemend otworzyła przed nim drzwi. - Byłeś w Inegban* - powiedziała głosem, w którym pobrzmiewała zazdrość. - Nigdy jeszcze nie widziałem takiego miasta. - Opowiedz mi o nim, bo już nie ujrzę go na własne oczy. Gdy zaczął opowiadać, umieściła smycz w szparze wydłubanej w drzwiach, które potem zamknęła. Kerrick wiedział, co chciała usły¬szeć, mówił jej więc o pięknie miasta, tłumach i ruchu, ani słowem nie wspominając o głodzie i chłodzie zimy. Zależało mu bardzo na wizytach w hanale, starał się więc, by Ikemend zawsze oczekiwała go z niecier¬pliwością. Słuchała, dopóki nie musiała odejść do pilnych zajęć. Samce nie lubiły Ikemend i starannie unikały jej towarzystwa. Żadnego nie było teraz w zasięgu wzroku. Kerrick spoglądał w ciemną sień, gdzie nie mógł wejść, potem zawołał, gdy tylko usłyszał kroki: - To ja, Kerrick, chcę pogadać.