Trudno je wytropić - powątpiewała Stallan. - W dżungli są chytre jak zwierzęta i nie zostawiają po sobie śladów. A jeśli są ślady, to prowadzą do zasadzki. Zginęło tak wiele fargi. - Koniec z tym - powiedziała Vainte, słysząc jakby na potwierdzenie swych słów skrzek orła. Tragarki przyniosły właśnie klatkę i ptak gładził teraz na słońcu dziobem swe pióra. - Wszystko wyjaśnię - dodała Vainte. - To latające stworzenie umoż¬liwi nam odnalezienie legowisk ustuzou, w których kryją swe szczenięta i samice. Wpierw jednak chcę wysłuchać szczegółowego raportu o wszy¬stkim, co zaszło w czasie mojej nieobecności. Vainte czekała niecierpliwie na następny napad ustuzou. Gdy zawia¬domiono ją o tym, wydała szybko rozkazy i poszła od razu na odległe pastwisko, gdzie doszło do napaści. Stallan już tam była, wskazując ze wstrętem na pokrwawione ciała leżące na trawie. - Marnotrawcy. Zabrano tylko najtłustsze udźce. - Bardzo praktyczne - Vainte nie była tym przejęta. - Łatwo je zabrać, niewiele się marnuje. Którędy uciekły? Stallan pokazała otwór wydarty w cierniowym żywopłocie, za nim trop niknął wśród wysokich drzew. - Na północ, jak zwykle. Ślady łatwe do zauważenia, pozostawione, żeby nas zwabić w zasadzkę. Mięso zniknęło, a jeśli odważymy się je tropić, czeka nas jedynie śmierć. - Ptak poleci tam, gdzie my nie możemy - powiedziała Vainte po przyniesieniu drapieżnika. Orzeł krzyczał gniewnie i szarpał okowy przy¬trzymujące jego nogi. Nie siedział teraz w klatce, lecz na drewnianej grzędzie umieszczonej na platformie. Spoczywała ona na długich tyczkach, tak iż dziób orła nie zagrażał niosącym ją fargi. Przybył również Kerrick, zaciekawiony tym porannym zgromadzeniem.