Wreszcie sztorm ucichł i można było ponownie otworzyć płetwę. Vainte kazała wszystkim zostać, a sama wdrapała się na górę. Morze było nadal wzburzone, ze wszystkich stron nadbiegały zwieńczone pianą fale. Puste morze. Dwa małe uruketo zniknęły i nigdy ich już nie ujrzano. Choroba morska Kerricka skończyła się dopiero w porcie Alpeasaku. Podróż tak go osłabiła, że z trudem wstał. Drapieżny ptak w klatce cier¬piał równie mocno. Ze zwieszoną nisko głową zaskrzeczał słabo, gdy go wynoszono. Kerrick wyszedł na brzeg ostatni, na płetwę musiała go wynieść Inlenu* i dwie inne fargi. Vainte oddychała ciężko w wilgotnym, ciepłym powietrzu, przesyco¬nym silnymi zapachami żywego miasta. Z ogromną przyjemnością otrząsnęła się z letargu podróży. Weszła do pierwszej napotkanej sadzawki chłodzącej, zmywając z siebie sól i zaskorupiały brud uruketo. Wyszła na słońce odświeżona i gotowa do działania. Nie musiała wzywać przywódczyń miasta, bo gdy przybyła do ambesed, wszystkie już tam na nią czekały. - Co z Alpeasakiem? - i poczuła się jeszcze lepiej, gdy usłyszała, że wszystko jest w dobrym stanie. - Stallan, a co z ustuzou, co ze szkodni¬kami podgryzającymi skraje naszego miasta? - Drobne przykrości, nic więcej. Uprowadzono kilka naszych zwierząt rzeźnych, inne zarżnięto w ciemności, ich mięso zabrano przed świtem. Ale nasza obrona jest mocna, niewiele więcej dokonają. - Nie chcę mieć nawet najmniejszych kłopotów. Ustuzou muszą być powstrzymane. I będą. Przywiozłam następne fargi wyszkolone w używa¬niu broni. Ustuzou zostaną wyśledzone i zabite.