Spod ciemnych chmur rozległ się ogłuszający grom, gęsta ulewa sie¬kła powierzchnię oceanu. Uruketo powoli oddalało się od brzegu, a tuż za nim dwa mniejsze. Enteesenaty, szczęśliwe, że są znów na otwartym morzu, gnały naprzód, to ukazując się, to niknąc, gdy nurkowały w fa¬lach. Inegban* wkrótce pozostał w tyle, malał, aż wreszcie przepadł za zasłoną deszczu. To nie był łatwy rejs. Po wymyślnych i niespodziewanych wygodach Inegban* powrót w uruketo był dla Kerricka ciągłą udręką. Wnętrze załadowano po brzegi, dno zaścielały fargi, tak iż nie sposób było cho¬dzić, aby którejś nie nadepnąć. Brakowało żywności i wody, wydzielano je skąpo. Nie stanowiło to problemu dla Yilane, które po prostu drę¬twiały i przesypiały większość czasu. Gorzej było z Kerrickiem. Czuł się uwięziony, osaczony, trudno mu się oddychało. Noc też nie dawała mu wytchnienia - w swoich snach dusił się i topił, a potem budził się z krzy¬kiem, cały spocony. Nie mógł się swobodnie poruszać, zaledwie dwa razy podczas ciągnącej się długo podróży zdołał wdrapać się na płetwę, by wciągnąć w płuca ożywcze i słone powietrze. Sztorm na środku oceanu sprawił, iż płetwy nie można było otwierać przez wiele dni. Było duszno, trudno już było oddychać zatęchłym po¬wietrzem. W końcu trzeba było uchylić płetwę, lecz wraz z podmuchem dostała się do środka fontanna zimnej wody morskiej. Kerrick cierpiał w milczeniu, mokry i lepiący się od brudu, czując na przemian chłód i gorąco.