Czuła teraz głód i podeszła do najbliższego miejsca posiłków. Kazała się rozstąpić czekającym tam Yilane. Dobrze się najadła, potem zmyła resztki mięsa z rąk i poszła do swojej kwa¬tery. Było to pomieszczenie funkcjonalne i wygodne, bogato zdobione tkanymi we wzory zasłonami. Fargi wyszły, spiesznie wykonując rozkaz. Zatrzymała gestem tylko jedną. - Ty - rozkazała - poszukaj mego ustuzou ze smyczą na szyi i przy¬prowadź tutaj. Trwało to trochę, bo ta nie miała pojęcia, gdzie szukać. Spytała się jednak napotkanych fargi, które pytały następne i polecenie dotarło wre¬szcie do kogoś, kto widział Kerricka. Vainte prawie zapomniała o swym poleceniu. Gdy Kerrick przybył, zatopiona była w planach na przyszłość. Oprzytomniała na jego widok. - To był pomyślny dzień, dzień mego sukcesu - powiedziała. Mówiła jakby do siebie, nie zwracając uwagi na to, co odpowiedział. Inlenu* siadła wygodnie na swym ogonie, twarzą do zasłon na ścianie, podziwiając bezmyślnie ich wzór. Vainte pociągnęła Kerricka, nakłaniając go, by położył się przy niej i zdarła z niego futrzane okrycie. Rozśmieszyło ją, gdy spróbował się odsunąć. Podniecając siebie, podniecała i jego. Kerrick nie bał się już tego, co miało nastąpić. Było mu dobrze. Gdy po wszystkim odepchnęła go od siebie, poczuł żal. Zaczął marzyć, by zdarzyło się to znów i znów.